Ruch moja miłość

21 Kwiecień 2010

Bieg, skok, brukowana uliczka, bieg, tłum, tłum, tłum, skok, sztylet, ciało, krew, bieg, oddech na plecach, krużganek, parapet, okiennica, okiennica, dach, bieg, bieg, bieg, skok, powietrze, wiatr, wielość, ziarnistość, przestrzeń. Sztylet.

Zapytany o istotę moich, częstych ostatnio i wydających się nie mieć granic w swojej intensywności, wycieczek do piętnastowiecznych Włoch wzruszyłbym ramionami. Tak, bawię się świetnie. Walory, stylistyka, dynamika. Ale czy te igraszki z trywialnym i rozleniwiającym nieco trybem życia nie zaszkodzą mi na dłuższą metę? Choć ożywiające – przewidywalne w swojej strukturze. Młodzieńcze w blasku świateł – stetryczałe za kurtyną. Satysfakcjonujące mnie – ja usatysfakcjonowany w każdej podobnej okazji, przy zbiegu analogicznych okoliczności, nasileniu odpowiednich, ulubionych przeze mnie, czynników, podanych na starannie przygotowanej tacy. Od razu zapala się czerwona lampka. I choć „nie mogę siebie oszukać” robię to od dawna, a ostatnio szczególnie w trakcie śmigania po urokliwych zaułkach Florencji czy Wenecji. Jestem nasycony wrażeniami, tak rzadko spotykanymi przecież w grach wideo. Ze świecą szukać podobnej jak w „Assassin’s Creed 2” płynności rozgrywki, naturalności i intuicyjności interakcji z otoczeniem, podobnie pobudzającego bukietu przytłaczających woni świata przedstawionego, w imponujący sposób Żyjącego i Oddychającego samym sobą, graczem (z wzajemnością), treścią historyczno-kulturową.

A jednak ale. Trudno uciec od wrażenia, że mamy do czynienia z oczekiwaniem na perfekcyjnie przygotowaną sztuką teatralną „na papierze” – na tle szykownie zaprojektowanej scenografii, z doborową obsadą, napisaną z finezją i błyskotliwością, spotęgowaną odpowiednią atmosferą oczekiwania i ekscytacji na widowni – która nigdy tak naprawdę nie dochodzi do „skutku”. Fabule brak osi, aktorzy snują się po scenie bez ładu i składu, muzyka zagłusza dialogi. Nawet nie zauważamy kiedy dobiega ona końca. Ale wychodzimy z teatru zachwyceni, „oderwaliśmy się od szarej rzeczywistości”. Przerost formy nad treścią; przerost ozdobników, fajerwerków, środków wyrazu nad samym wyrazem. Biegniemy, ale nie wiemy gdzie, po co, dlaczego, musimy? Chcemy. Rzadko zdarza się okazja, by w tak spektakularny sposób „oderwać się od szarej rzeczywistości”.

I toleruję to. Gram dla grania, nie dla wygrania. I choć takie podejście może wydawać się oczywiste (w końcu graczami jesteśmy dla przyjemności, mało z nas traktuje własne wyniki jako cel sam w sobie) to rzadko przybiera u mnie ono tak sfetyszyzowany, niezręczny, jednostronny, płytki stosunek jak w intymnych, wymykających się racjonalizacji, kontaktach z rozgrywką „Assassin’s Creed 2”. Pole działania w przestrzeni czasowej, jakie mnie interesuje w danym momencie, podczas np. sztyletowania strażników jest tak absurdalnie zawężone, że właściwie mógłbym zamiast wykonywania misji zacząć uprawiać swoisty sandbox – bawiłbym się tak samo. Liczy się tylko sama chwila, pęd, zabójczy taniec na szczytach włoskich zabytków. Nie interesują mnie zadania, osiągnięcia – co z fabułą? Jeszcze gorzej. Historia jest tak niemiłosiernie głupiutka, szczególnie ta „właściwa” we współczesności, że w irytujący sposób tylko wybija z rytmu (i stanowi niełatwy do przetrawienia pretekst do czynienia dalszych postępów).

Jest coś nieznośnie toksycznego w moim przecież ekstatycznym i elektryzującym związku z „Assassin’s Creed 2”. Emocji mi nie brakuje, przeżyć również, produkt spełnia swój rynkowy obowiązek zapewniania klientom miłego sposobu spędzania wolnego czasu. Ja wgryzam się w niego na swój pokrętny i zboczony sposób, ale – czy ktoś w końcu na tym traci? Grać, nie umierać? Nie do końca. Otóż odzywa się we mnie coś głęboko uśpionego dotychczas – a mianowicie Uczciwość Gracza. Jako Gracz jestem wobec siebie nierozerwalnie zobowiązany do określonego, wykształconego podejścia do gier wideo. Nie mogę podjąć się próby wartościowej oceny ostatniego dziecka Ubi, skoro obojętnym milczeniem zbyłem x% wartości produkcji! Ba, nie mogę nawet powiedzieć, że grę skończyłem, bo co to za zwycięstwo, do którego się wcale nie dążyło, a na które się po prostu ot tak – wpadło z rozpędu. Ale czy nie jestem po prostu ofiarą własnych uprzedzeń? Czy nie jest tak, że mam prawo wepchnąć swoją łapę głęboko do worka atrakcji, jakie mają mi najróżniejsze tytuły do zaoferowania i wygrzebać na co mam ochotę? Tak, ale tylko jeśli ustalę sam własne reguły i schematy takiego z nimi obcowania – jeśli uda mi się skończyć Asasyna to nie będzie to „skończenie” od deski do deski, w tym samym sensie co przygody np. w pierwszym Falloucie. Ech.

I stąd na każdym moim kroku, z każdym trupem jakiego – podczas najefektowniejszych momentów mojego perfekcyjnie wyćwiczonego danse macabre – zostawiam za sobą, zewsząd nasila się kształtująca i nasilająca się gdzieś w ukryciu sztuczność. Zła droga, zmęczenie, wypalenie. Być może jest w tym jakieś niebezpieczeństwo. Pierwszy objaw znudzenia grami wideo, objawiający się w niemal kliniczny sposób – natrętność, narzucenie sobie samemu takiego a nie innego podejścia do rozgrywki, płytki zachwyt i upojenie jako reakcja obronna. Znalezienie, upodobanie, pielęgnowanie tylko wąskiego zakresu określonych czynności, bezpieczna powtarzalność. Czy ja w coś jeszcze zagram czy na zawsze będę nurkował w weneckich kanałach, siłował się z żywiołem miasta?

To jednak moja wina. Biję się w pierś, nie mam nic na usprawiedliwienie. Fascynuje mnie w zdziwaczały sposób wszelaka interaktywność na liniach gracz-postać i postać-świat, charakter i wytrzymałość tych sznurków za które pociągamy ratując świat po raz setny. Mało tego –uważam, że właśnie w tej, niepozornej, nieuchwytnej, ale i nieredukowalnej do niczego innego relacji kryje się właściwa tajemnica tego, co określa się dzisiaj „grywalnością”, a co nieco dawniej nazywano „miodnością”. Czynnika – spoiwa, polewy, „ducha” gry. W końcu w grach wideo jak w życiu – najwięcej czasu spędzamy na wykonywaniu nudnych, „codziennych” czynności. Ekwipunek, dojście do miejsca celu, wyciągnięcie broni, cios, cios, cios, cios. Schowanie broni. Proza życia. Aż nie chce się ratować świata.

Jedna odpowiedź to “Ruch moja miłość”

  1. [...] szukać daleko, warto sięgnąć choćby do ostatnich wpisów na polskich blogach Femina Ludens i Videoulipo, traktujących, odpowiednio, o grze w Myst Online jako autoterapii po utracie bliskiej osoby oraz [...]

Dodaj komentarz

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out / Zmień )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out / Zmień )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out / Zmień )

Connecting to %s

Follow

Otrzymuj każdy nowy wpis na swoją skrzynkę e-mail.